naKole

MÓJ JEST TEN KAWAŁEK DROGI

  1. WYCIECZKI
  2. LATA
  3. LISTA TRAS
  4. CYKLE Z BICYKLEM
  5. KONTAKT
  6. DOBRE STRONY ROWERU

11 SIERPNIA 2017

KOCIEWIE

CISZA PRZED BURZĄ

II KOCIEWSKA WŁÓCZĘGA

DZIEŃ DRUGI


[TUTAJ DZIEŃ PIERWSZY]

Noc mija bez sensacji. Za to o piątej budzi mnie kropiący deszcz, nie budząc we mnie nadziei na ładny dzień. Tym bardziej, że niebo zasnute jest szarą, niską powałą chmur aż po horyzont.


 INFORMACJE 
  • Uczestnicy: Piotr, Paweł, Marcin, Janek;
  • Dystans: 38 km;
  • Trasa: Ocypel - Kasparus - Szlaga - Błędno - Osie - Grzybek;
  • Mapa:

Zamykam daszek, którego połowa była uchylona przez całą noc, strzelam sobie hamakowe selfie i, nie widząc sensu wstawania o tej porze przy takiej pogodzie, zanurzam się z powrotem w śpiworze.

W hamaku jest jak, w łonie matki. Ciepło. Przytulnie. Nie chce się wyłazić. Ponownie budzę się dopiero około wpół do dziewiątej i widząc, że nie pada, zrywam całą drużynę na nogi. Piotr idzie na polowanie. Wraca z tuzinem jaj i kiełbasą. Po chwili po całym półwyspie rozchodzi się kuszący zapach jajecznicy. Śniadamy. Mi przypomina się historia z jajecznicą z „Trzech panów w łódce...”. „Kto raz spróbował jajecznicy Harrisa, nie chciał już słyszeć o niczym innym, usychał z tęsknoty do tej potrawy i ginął marnie, jeśli mu jej nie dali”. Jak skończyła jajecznica Harrisa można przeczytać TU, natomiast jajecznica w wykonaniu Piotra - palce lizać... i kurde znów zmywać.

Jedzenie, zmywanie, kąpiel [tylko ja mam na nią ochotę] oraz składanie obozu i pakowanie się w sakwy schodzi nam do 11:30. Jeszcze tylko pamiątkowa fotka...

...i ruszamy na szlak. Bardzo lubię drogę z Ocypla do Kasparusa. Mój jest ten kawałek drogi.

Droga, znana i prosta. Chłopaki więc wysforowują się do przodu, Piotra zatrzymują krajobrazy, grzybki, czy kupa... nie wnikam. Czekam nań na poboczu.

W Kasparusie pokazuję chłopakom i Piotrowi, znane mi już: szkołę, kościół i plebanię.

...oraz zabytkową drewnianą remizę.

          

Kasparus. Remiza wczoraj i dziś. Źródło zdjęcia archiwalnego: kociewiacy.pl

Kupujemy bułki i płyny i ruszamy asfaltem do Szlagi, gdzie u ujścia Brzezianki z nieistniejącego już właściwie stawu młyńskiego działał od 1895 roku nowoczesny młyn tartaczny zarządzany przez Ferdynanda Dohraua. [trochę historii było już tu]

Na ruinach młyna przygotowujemy drugie śniadanie w postaci zupek tzw. chińskich z parówkową wkładką. Wiem, wiem, niezbyt to zdrowe, ale czasami w terenie i tak każdy się skusi. A parówkowym skrytożercom mówimy NIE!

Podczas, gdy Piotr „gotuje” zupki, a Marcin fotografuje motyle...

[fot. Marcin Buczkowski]

...ja, oglądam pozostałości młyna.

Później chłopaki zajadają jeszcze dokładkę, a ja przez usiany grzybami las...

...wędruję w poszukiwaniu małego cmentarzyka ewangelickiego. Znajduję go na szczycie wzgórza.

Na ufundowanym przez Dohraua cmentarzu, na którym chowano ewangelików z całej okolicy,...

...odszukuję grób żony właściciela tartaku - Matyldy Dohrau z domu Böttcher.

Przypomina mi się opowieść o tym, jakoby latem 1992 roku w tę okolicę przyjechał z Niemiec tajemniczy mężczyzna. Wynajął w Kasparusie pokój na jedną noc. Następnego dnia, wcześnie rano udał się do Szlagi na cmentarz i z grobu Matyldy Dohrau wydobył niewielką metalową skrzynkę, szybko zapakował do bagażnika i odjechał.

Po powrocie zastaję Marcina relacjonującego oczywiście, niewątpliwie zaniepokojonej mamie nasze przygody.

Dalej postanawiam poprowadzić przez lasy, czerwonym szlakiem pieszym, co oczywiście grozi niezłą przeprawą dla rumaków obciążonych sakwami. Droga męczy, ale urzeka pięknem. Coś jednak jest nie tak. Po chwili dociera do mnie, że jest zupełnie cicho. To, że nie słychać samochodów i innych odgłosów cywilizacji, wcale nie dziwi, ale w lesie panuje grobowa cisza. Spodziewałbym się śpiewu ptaków, może szumu wiatru w koronach drzew, a tu nic. Powietrze stoi w miejscu. Ptaków nie ma, lub milczą. Cisza. Mimo to, pięknie. Kilka obrazów.





Nareszcie po kilku ładnych kilometrach szlak nas doprowadza do, zapowiadanej kamiennym drogowskazem, szosy.

Jesteśmy w Błędnie. Zależało mi, żeby odwiedzić tu miejsce niezwykłe - rezerwat Krzywe Koło. Nie mam jednak sumienia namawiać chłopaków zmęczonych ostatnim odcinkiem na dalsze eksploracje gruntowych dróg nadwdziańskich. Postanawiamy dojechać asfaltem do, odległego o jakieś dziesięć kilometrów, Osia. Asfalt jednak nagle ustępuje brukowi. Tego się nie spodziewaliśmy. Półgodzinny dojazd do wsi zaczyna nam się teraz jawić czymś zgoła odmiennym. Dobrze, że zatrzymałem się przy zmianie nawierzchni. Na poboczu odnajduję przypadkiem słup graniczny z napisem Kreis Pr.Stargard. Po drugiej stronie prawie już niewidoczny napis Kreis Schwetz. Również dziś tu jest granica powiatów Starogardzkiego i Świeckiego, a tym samym województw: pomorskiego i kujawsko-pomorskiego.

Ten przeszło 10-ciokilometrowy odcinek zapamiętamy wszyscy, jako niekończącą się drogę.

Wreszcie, zmęczeni, czy to temperaturą, czy piaszczystymi drogami, docieramy do Osia. Robimy zakupy i zasięgamy języka odnośnie miejsca nad Zalewem Żur, zwanego na mapie Plaża Paradise. Opinia zagadniętych tubylców jest jednoznaczna: „tam nie jedźcie, właściciel was pogoni”. Nie mamy siły sprawdzać prawdziwości tej tezy. Jedziemy do, polecanego przez tubylców, Grzybka. W ten sposób po raz drugi dziś nie jest nam dane dostąpić raju [rezerwat Krzywe Koło na przedwojennych mapach również nazywa się Paradise]. Prowadzi nas wygodny asfalt. Przez most z widokiem na zalew wjeżdżamy na półwysep, na którym rozlokowana jest osada Grzybek.

Ponownie zasięgamy języka i pokierowani przez ludzi udajemy się do pani Sylwi - właścicielki pola namiotowego w Grzybku, a następnie na samo pole. Szybko się rozbijamy.

Później toaleta, szybka kolacja z ogniska i lulu. To znaczy tak miało być. Przyroda jednak napisała inny scenariusz. Jakąś godzinę po położeniu się spać zaczyna błyskać i grzmieć. Wysiadam z hamaka, obniżam płachtę stanowiącą mój dach nad głową i dobijam profilaktycznie drewniane kołki trzymające jej rogi. Sprawdzam również szpilki trzymające namiot rozbity przez chłopaków. Nie mając uwag, kładę się z powrotem... na 10 minut. Wiatr nadciąga nagle i pierwszym potężnym uderzeniem zrywa znade mnie płachtę. Chwilę jeszcze walczę z naturą, ale smagający deszczem wicher zmusza mnie do kapitulacji. Chowam się do, na szczęście, sporej dwójki, w której już oczekują mnie chłopaki. Wiatr robi z namiotem, co chce. No prawie. Namiot pozostaje na swoim miejscu, ale kładzie się prawie na nas. Przechodzi mi przez myśl, że któreś z drzew mogłoby runąć na nas, ale w tym momencie wiatr odpuszcza i przez następną godzinę nasłuchujemy oddalającej się burzy.

Nim zasnę, zastanawiam się, czy cisza panująca w lesie po drodze związana była z nadchodzącą burzą. Wydaje się, że wystarczy wsłuchiwać się i wpatrywać w przyrodę, żeby przewidzieć wszelkie zmiany pogody. Deszcz pozostaje z nami do rana.

Rano okazuje się, że namiot nie wytrzymawszy nocnej nawałnicy popuścił tu i ówdzie, w związku z czym mamy mokre śpiwory. Dodatkowo przemoczone są wszystkie Janka ciuchy w sakwie z Auchana. Sakwy Crosso nie po raz pierwszy zdały egzamin. W związku z padającym deszczem i niemożnością wysuszenia śpiworów i ciuchów decydujemy podczas śniadania o skróceniu wycieczki o jeden dzień i postanawiamy udać się do najbliższej stacji kolejowej w Laskowicach Pomorskich.

Jak widać Janek postanowił oddać wyrazem twarzy grozę wieczornej burzy. Potem, jako jedyny z nas pozostający cały czas online, wyszukuje połączenie do Gdańska za dwie godziny i już mamy ruszać, gdy zauważamy kapcia w moim tylnym kole. Łatanie idzie szybko i sprawnie. Marcin w tym czasie poluje na drobną faunę żyjącą na korze pobliskiego drzewa.

[fot. Marcin Buczkowski]


[fot. Marcin Buczkowski]


[fot. Marcin Buczkowski]


Od lewej: zniecierpliwiony Janek, Statua Wolności i ja przy pompowaniu. [fot. Marcin Buczkowski]

Do stacji PKP docieramy z zapasem półgodzinnym. Przeżywamy chwile zwątpienia, słysząc, że „bla, bla, bla, gdynia, bla, bla, bla, odwołany”. Jednak okazuje się, że nie do Gdyni, a z Gdyni i nie odwołany, lecz opóźniony o 90 minut. Nasz przyjeżdża o czasie i wracamy do Gdańska. Dopiero po powrocie do Gdańska dowiadujemy się ile szczęścia mieliśmy. Przynajmniej w porównaniu z harcerzami w Suszku, 50 kilometrów na zachód od Grzybka oraz mieszkańcami okolicznych wsi.




Do wkrótce...




ZOBACZ TEŻ [jeśli nie widziałeś]:

GDZIE JEST PROSIACZEK?

czyli pierwszy dzień naszej kociewskiej włóczęgi

 Przypominam 

...że możesz otrzymywać powiadomienia o pojawieniu się nowej relacji. Wystarczy zapisać się na bezpłatny newsletter.

  NEWSLETTER  

WRÓĆ DO POCZĄTKU

LUB

ZAKOŃCZ WYCIECZKĘ

LUB

POCZYTAJ KOMENTARZE

LUB

ZOSTAW KOMENTARZ

↓    ↓    ↓

 

1. Ty
www

To jest miejsce na Twój komentarz.

KATEGORIA: REGION

BORY TUCHOLSKIE  /  DOLINA DOLNEJ WISŁY  /  GDAŃSK  /  KASZUBY  /  KOCIEWIE  /  KOSMOS  /  MAZURY  /  POWIŚLE  /  SUWALSZCZYZNA  /  WARMIA  /  WYSOCZYZNA ELBLĄSKA  /  ZIEMIA CHEŁMIŃSKA  /  ŻUŁAWY

2009 -

PRZESTRZEŃ I CZAS NA KOLE PRZEMIERZA PAWEŁ BUCZKOWSKI